Pomorski Magazyn Artystyczny

×

Wraz z nadejściem wiosny odnawiamy stronę internetową „Słowa”. Zapowiadamy też najbliższy numer pisma, w którym znajdą się teksty poświęcone nowym planom operowym nad Zatoka Gdańską (już bliższym realizacji), fragmenty prozy (polskiej) i poezji (także łotewskiej, arcyciekawej), wreszcie zestaw materiałów związanych z zaskakującą sytuacją w gdańskiej ASP; dla zachęty zamieszczamy tu w całości najciekawszy, czyli Vaginalia Zofii Watrak.

Grzegorz Klaman Autoportret z personalną głowicą waginalną | fot. z archiwum artysty
Grzegorz Klaman Autoportret z personalną głowicą waginalną | fot. z archiwum artysty

Vaginalia

Zofia Watrak

Na świecie minęła już fala protestów związana z ruchem #MeToo, wyraźnie obecnym od roku 2017. Jego pozytywną stroną było zwrócenie uwagi na powszechny problem molestowania i przemocy seksualnej wobec kobiet, co skutkowało karami i zakończeniem karier wielu znanych, wpływowych dotąd osób.

Nie obeszło się jednak bez nadużyć. Przyszedł też czas na refleksję nad konsekwencjami. Słuszny co do zasady ruch zostawia na polu bitwy także ofiary po stronie oskarżonych fałszywie lub nieskazanych kryminalnie, a którzy na skutek pomówień utracili zawodową pozycję, przyjaciół, czasem rodzinę, popadli w ostracyzm własnego środowiska. Mechanizm jest zawsze ten sam. Opisała go celnie Anne Applebaum w szkicu z 2022 roku i choć dotyczy amerykańskich środowisk kulturalnych, to ma charakter uniwersalny, w który wpisują się też liczne przykłady w Polsce. 1

Skala ujawnianych skandali w teatrach, szkołach muzycznych, baletowych, akademiach sztuki była porażająca. Szokowała powszechność drastycznych sytuacji przemocy, jako metody szkolenia, gdzie relacje mistrz-uczeń są szczególnie bliskie i delikatne. Jak wyglądała praca w teatrze, gdzie panowała bezwzględna, przemocowa wręcz dyscyplina, jest mi dobrze znana z autopsji z czasu, gdy jako sekretarz literacki pracowałam w Teatrze Ekspresji Wojciecha Misiury. Nie wszyscy wytrzymywali terror wyczerpującej pracy połączonej z emocjonalną presją,. Zostawali najbardziej utalentowani i jednocześnie silni psychicznie. To oni gwarantowali sukces teatru i jego niepowtarzalną estetykę. O metodach Misiury – ćwiczeniu ciała – pisałam w książce, poświęconej teatrowi.2

Zdiagnozowanie zjawiska i przeciwdziałanie mu jest ważne, choć temat to delikatny i nie tak niejednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Prawo mówi, że nie jest mobbingiem merytoryczna dyskusja, nawet jeśli przebiega w atmosferze emocjonalnego napięcia, z użyciem niecenzuralnego słownictwa. Co najwyżej świadczy o braku kultury osobistej i bywa nagannym naruszeniem zasad obyczajowych. Natomiast istota edukacji artystycznej to właśnie merytoryczny dialog i towarzysząca mu krytyka, takie są podstawy korekty, zmierzające do osiągnięcia zamierzonego celu artystycznego.

Choć można odnieść wrażenie, że fala protestów spod znaku #MeToo opada, to jednak wciąż ujawniane są w mediach społecznościowych konflikty na tym tle, jednocześnie przybywa też pomówień. Przyczyny bywają różne – osobiste niepowodzenia, świadome wykorzystanie mechanizmu pomówienia dla własnej kariery inicjowane skandalem, wreszcie długotrwała personalna niechęć i zastarzałe spory. A wszystko to pod – słusznymi skądinąd – feministycznymi hasłami równości, godności, autonomii i prawa do nietykalności cielesnej jednostki.

Ostatnio środowisko artystyczne żyje upublicznionymi przez trójmiejską „Gazetę Wyborczą”3 oskarżeniami dr Martyny Jastrzębskiej o przemoc, jakiej doznała w pracowni prof. Grzegorza Klamana, jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów polskich.

Martyna Jastrzębska świadomie wybrała pracownię Grzegorza Klamana, przyjeżdżając do Gdańska z Lublina. Kontynuowała w Gdańsku studia, uzyskując pod opieką Grzegorza Klamana dyplom magisterski (2013 ), następnie doktorski (2018 ). Także potem mogła się cieszyć jego wsparciem i pozytywnymi opiniami, Rozpoczęła z sukcesami samodzielną aktywność artystyczną (jej pierwsza wystawa indywidualna miała miejsce w Instytucie Sztuki Wyspa, gdzie Klaman był kuratorem) również dydaktyczną, współuczestnicząc w zajęciach pracowni jako asystentka profesora (w latach 2016-2021). Deklarowana przez nią długotrwała depresja (zaczęła się leczyć od lutego 2021) nie przeszkadzała jej w kontynuowaniu – nie bez sukcesów – aktywności zawodowej. Udział w wystawach „Gniazdo” w 2018, czy „Kobiety na Akademiach” w 2021 , udział w Konkursie Interdyscyplinarnym w 2021, nagrody w konkursie „Nowy Porządek” w 2020, trzyletnie stypendium Ministra dla Wybitnych Młodych Naukowców (2022) świadczą o tym dowodnie i nie potwierdzają zarzutów o izolacji czy wykluczeniu zawodowym.

Problemy pojawiły się zaś nagle na tle konfliktu personalnego, który wybuchł na zebraniu Rady Programowej kierunku intermediów w dniu 22 marca 2021, a dotyczył funkcji promotora prac magisterskich. Dr Martyna Jastrzębska zabiegała o tę funkcję, a zgodnie z regulaminem promotorem może być jedynie doktor habilitowany lub profesor. Odstępstwo od reguły dopuszczano tylko w sytuacjach wyjątkowych. Taka możliwość istniała za zgodą Rady Programowej. Klaman skrytykował stan, w którym wyjątek staje się zasadą, w istocie zmieniając regulamin. Jego uwaga dotyczyła również Martyny Jastrzębskiej, która jako jego asystentka chciała zostać promotorką studenta z pracowni, wspólnie wcześniej przez nich prowadzonej. Naruszało to dobry obyczaj i przyjęte zasady lojalności.

Tutaj zbliżamy się do zagadnień feminizmu. Paradoksem jest to, że twórczość profesora Klamana i problematyka poruszana w prowadzonej przez niego pracowni należy do sztandarowych tematów feministycznych; należą do nich między innymi różne aspekty cielesności i seksualności. Profesor sprzyjał feministkom i podejmował z nimi współpracę, zwłaszcza w obszarze sztuki ciała w aspektach wykluczania jej przez systemy władzy. Proces Doroty Nieznalskiej, (grudzień 2001) oskarżonej o obrazę uczuć religijnych był tego jaskrawym przykładem. Jej słynna oskarżona Pasja prezentowana była w Galerii „Wyspa”, prowadzonej przez Grzegorza Klamana. To on stanął w jej obronie, gdy inni milczeli. Był jej świadkiem w procesie. Gdy została w końcu uniewinniona, on został ukarany, stracił bowiem galerię, która decyzją rektora została zamknięta. Otwierał drogę do kariery wielu artystkom. Dorota Nieznalska zrobiła u niego doktorat, a dziś dołącza do bliżej nieokreślonych pretensji i oskarżeń.

Paradoksalnie, idee wolnościowe są wątkiem spajającym różne etapy twórczości Klamana. Była ona przedmiotem wielu poważnych analiz krytycznych, między innymi Izabeli Kowalczyk (Ciało i władza)4. Również i ja pisałam o nim wielokrotnie, także w ostatniej książce5.

Klaman zwraca uwagę na te wątki, które – uznane za wstydliwe lub przekraczające uznane „ramy” estetyczne, religijne czy obyczajowe – zostały wyparte ze sfery publicznej. Nieustanne przekraczanie granic między tym, co widzialne, a co ukrywane, jest istotą rozwoju sztuki, której częścią jest historia sposobów przedstawiania ciała. Dotyczy ona naruszenia granic między tym, co intymne i prywatne, a co publiczne. Istotą sztuki współczesnej jest też przekraczanie granic seksualności i cielesności. W jakimś sensie można powiedzieć, że swobodna dyskusja na „tematy wykluczone” pozwala ujawniać ukryte w sobie, lub zakazane wychowaniem czy obyczajem kulturowym przeżycia i budować pełnię świadomości własnego ciała i siebie.

Tymczasem dla Martyny Jastrzębskiej tematy takie, jak płyny ustrojowe – mocz, sperma, krew czy włosy łonowe, nagle stały się dyskomfortowe, poniżające i degradujące – chociaż powinna być z nimi oswojona, bo to materia sztuki wykorzystywana od lat 60. XX wieku. Skrajne przykłady to choćby akcjonizm wiedeński (lata 60.-70.), czy rzeźba Marka Quinn’a z mrożonej krwi autora z cyklu Self (lata 90.). Martyna Jastrzębska dokonała manipulacji. To, co było ogólnym dyskursem na zajęciach, potraktowała jako seksistowskie uwagi, kierowane pod adresem jej własnego ciała. W efekcie miała doznać długotrwałej depresji i poczucia obniżenia własnej wartości. Mogła zmienić pracownię i promotora. Nie zrobiła tego. Przy okazji: opisująca konflikt trójmiejska „Gazeta Wyborcza” – opierając się jednostronnie na wypowiedzi dr Jastrzębskiej – w ogóle nie opublikowała wypowiedzi innych świadków sprawy, aczkolwiek do tych świadków redakcja dotarła i ich wypowiedzi zebrała; można to uznać za zlekceważenie zasady bezstronności i – być może – złamanie prawa prasowego. A tak się składa, że nikt z uczestników zajęć prof. Klamana nie potwierdził relacji dr Martyny Jastrzębskiej.

Oskarżanie profesora Grzegorza Klamana o mobbing, przemoc słowną, naruszenie godności osobistej z powodu treści, które dotyczą zakresu działania pracowni, to czysty absurd.

Niestety, to jeszcze dalece nie wszystko. W grę wchodzi także walka o samodzielną pracownię, która w przekonaniu dr Martyny Jastrzębskiej jej się należała po uzyskaniu doktoratu, a jej nie otrzymała. Takie oczekiwania świadczą o wygórowanych ambicjach w dążeniu do kariery, zaprzeczają natomiast twierdzeniom dr Jastrzębskiej o jej obniżonej samoocenie, pod wpływem rzekomych karygodnych poczynań prof. Klamana. Wygląda na to, ze dr Jastrzębska cieszyła się w tej mierze dobrym samopoczuciem. Istotne jest natomiast, ze uczelniana komisja do spraw mobbingu nie potwierdziła jej oskarżeń, przeciwnie, stwierdziła, że do dnia 22 marca 2021 jej kontakty z prof. Klamanem były poprawne i miały koleżeński czy wręcz przyjacielski charakter, o czym świadczy ujawniona przez nią korespondencja. Jednak dr Jastrzębska zaprzeczyła temu w zeznaniach twierdząc, że musiała utrzymywa

prof. Klamana w przeświadczeniu o dobrych relacjach, a to z obawy o jego opinie, które mógł o niej rozpowszechniać. Słowem, świadomie manipulowała dla osiągnięcia konkretnych korzyści. Z jednej strony twierdziła, że ukrywa złe relacje, z drugiej, że jej życie zarówno prywatne jak i zawodowe układa się satysfakcjonująco. Z pełną premedytacją chciała wykorzystywać prywatne kontakty dla własnej kariery i awansu. Manipulacja ta stawia ją w jak najgorszym świetle. Oskarżając prof. Klamana o język przemocowy, nie potrafiła określić na czym miałby on polegać. Jednocześnie zaprzeczyła, by używał wulgaryzmów, mimo specyficznego osobistego stylu wyrażania się.

Kolejnym polem konfrontacji z prof. Klamanem jest walka o studentów, którzy wedle relacji Martyny Jastrzębskiej, masowo odpływają z jego pracowni. Tymczasem sprawy przedstawiają się inaczej. Na zajęcia prof. Klamana przychodzą studenci także z innych kierunków. Szukają przede wszystkim wiedzy, jaką mogą od niego uzyskać. Z jednej strony wiązanie sztuki z nauką stwarza przestrzeń otwartego dyskursu i wymiany poglądów. Z drugiej – przyciąga ich charyzma profesora, możliwość swobodnego wyrażania własnych poglądów, partnerstwo i szacunek, z jakim są traktowani, a potwierdzają to wpisy dawnych studentów profesora na forum internetowym: Moniki Pudlis, prof. Macieja Śmietańskiego, Anny Zelmańskiej-Lipnickiej, Weroniki Kwiatkowskiej, Julii Kurek i innych. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z oświadczeniami dr. Jastrzębskiej o odpływie studentów z jego pracowni. Tak było do stycznia tego roku, kiedy to profesor dowiedział się za pośrednictwem prodziekanki dr Julii Kul, że pięć jego magistrantek ( czyli wszystkie z pracowni) nagle zrezygnowały i zostały przydzielone do innego promotora, za wiedzą prorektorki ds. studenckich, dr. hab. Małgorzaty Jankowskiej. Stało się to poza obowiązującą procedurą; koniecznością złożenia uzasadnionego wniosku i zgodą dotychczasowego promotora, co więcej z sugestią, że tak będzie dla Klamana lepiej. Nie trudno połączyć fakty. Proceder wykluczania, wręcz represjonowania profesora na dobre trwa, choć zarzucane mu uchybienia dyscyplinarne nie ostały udowodnione.

Mimo wątpliwości Komisja Dyscyplinarna do Spraw Nauczycieli Akademickich przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Warszawie, podtrzymała decyzję Rzecznika Dyscyplinarnego ds. Nauczycieli Akademickich ASP w Gdańsku o zakazie pełnienia przez profesora Klamana funkcji kierowniczych na okres 2 lat. Został obwiniony o czyny uchybiające obowiązkom i godności nauczyciela akademickiego. To ogólnikowe stwierdzenie jednak nie zostało poparte sprecyzowaniem, za jakie konkretne czyny został „skazany”. Obie komisje nie uwzględniły opinii Komisji Antymobbingowej, jedynej, która korzystała z konsultacji prawnej. Nie uwzględniono oświadczeń: dr Jana Rogało, Zofii Mykietnik, Katarzyny Serkowskiej, Adama Kaweckiego, obalających zarzuty nadużyć wobec studentów. Decyzja jest efektem bezrefleksyjnej wiary w zarzuty Martyny Jastrzębskiej przy braku wiarygodnych dowodów winy, przy braku świadków, przy braku przytoczenia konkretnych sytuacji i miejsc rzekomych czynów.

Przyczyny są o wiele poważniejsze. Ciałom dyscyplinującym nauczycieli akademickich zwyczajnie brak kompetencji. Są społecznym zbiorem osób, które mogę mieć różne interesy. Przykładem niech będzie skrajnie negatywny głos feministki w roli rzecznika dyscyplinarnego gdańskiej ASP, dr. hab. Bogny Łakomskiej. Domagała się wydalenia prof. Klamana z uczelni, ostatecznie poprzestała na żądaniu pięcioletniego pozbawienia funkcji kierowniczych. Uznała, że ciężar przewinień Klamana przekracza kompetencje oceny ASP. Tym samym przyznała, jako historyk sztuki, że uczelnia nie potrafi korzystać z narzędzi naukowych, przysługujących akademii. Rzeczniczka mogła skorzystać z konsultacji biegłych z zakresu sztuki ciała i prawa, ale tego nie zrobiła. Kierowała się emocjami zamiast obiektywizmem. I to na jej wniosek sprawą zajęła się Komisja Dyscyplinarna do spraw Nauczycieli Akademickich przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Warszawie.

Komisja nie przedstawiła żadnego dowodu, potwierdzającego zarzuty rzecznika dyscyplinarnego – Bogny Łakomskiej. Gdyby w tych społecznych ciałach obecni byli niezależni mediatorzy, prawnicy, psycholodzy, to można by uniknąć błędów i nieprawidłowych wniosków. Od decyzji Komisji prof. Klaman złożył prawne odwołanie. Proces odwoławczy trwa. Właśnie Komisja uchyliła w całości zaskarżone orzeczenie Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 30 października 2024 i przekazała sprawę do ponownego rozpatrzenia.

Nie bez przyczyny atakowany jest artysta z uznanym dorobkiem i autorytetem. Niszcząc komuś takiemu reputację, można liczyć na większy poklask tłumu. Im większy autorytet, tym większy poklask.

Kolejna przyczyna zdiagnozowana przez Anne Applebaum – w którą wpisuje się historia prof. Klamana – to zawodowa frustracja młodszych koleżanek, które czują się ograniczane dominacją uznawanych autorytetów i hierarchiczną organizacją uczelni. W tle konflikt o parytety i walka o samodzielne pracownie. To, co spotkało prof. Grzegorza Klamana, wpisuje się w mechanizm opisany przez przywoływaną tu autorkę: człowiek bez udowodnionej winy ma zakaz pełnienia funkcji kierowniczych na dwa lata, natomiast powielane w mediach społecznościowych oskarżenia skazują go bezterminowo na ostracyzm środowiska. Wokół niego zapanowała cisza, urwały się niedawne kontakty. Odczuwa bezradność, izolację i upokorzenie. Jedni milczą ze strachu, żeby się nie narazić, inni dołączają do oskarżycielskiego chóru. Są też tacy, którzy mają odwagę stanąć po jego stronie, zaprzeczając oskarżeniom. Ci z kolei narażają się na ataki w mediach. Prof. Sławomir Witkowski został oskarżony przez dr. hab. Jacka Staniszewskiego o to, że sprzyja „obrzydliwemu obleśniakowi”. W ten sposób określa profesora Klamana. Czy nie jest to przemoc słowna i naruszenie dóbr osobistych, podlegające paragrafowi prokuratorskiemu? A czym były – podczas wyborów nowego rektora – anonimowe plakaty w ubikacjach (!) „Nie głosuj na mobbera i złodzieja”? Uczelnia niestety przyjmuje strategię przemilczania.

Zjawisko określane jako „odwrócony mobbing” nie dotyczy tylko Klamana. Znane mi są także inne przypadki, których ofiary nie chcą ujawniać swojego nazwiska. Ci, którzy dopuszczają się tego przestępstwa, pozostają bezkarni. Nic dziwnego, że atmosfera na uczelni gęstnieje. Do tego dodajmy wątpliwej wiarygodności sugestie na forum internetowym, na przykład o rzekomym zgłaszaniu władzom uczelni nadużyć, które to zgłoszenia są – też rzekomo – ignorowane (wpis dr. hab. Jacka Staniszewskiego z 1 grudnia 2025, korespondencja z prof. Sławomirem Witkowskim). Tyle tylko, że we wpisach brak zarówno dowodów jak i konkretów.

Jak to się w ogóle zaczęło? Pierwszą jawną odsłoną narastających napięć był skandal wokół plakatów wystawy prof. Romana Gajewskiego „Emeryt” (koncepcja plakatu – Roman Gajewski, wykonanie Michał Krasnodomski). Skandal zainicjował post prof. Anny Królikiewicz, na który odpowiedziały głównie kobiety. Sama autorka w osądach była powściągliwa, ukrywała się raczej za wypowiedziami innych typu: „co za syf”, „straszna żenada”, „co za dziaderstwo”, „historia akademii to seksizm”. Argumentacji brak. Wpis Aleksandry Kalisz został adresowany wprost do rektora Krzysztofa Polkowskiego. Odsłania istotę rzeczy:

Fakt, że uczelnia, pod właśnie Pańskim nadzorem, wspiera i promuje obraźliwe dla kobiet (tym samym mężczyzn, którzy powielają te same schematy, nie będąc w stanie siebie i innych godnie reprezentować) wystawy (oraz prace), powinno dać Panu do myślenia.

Dalej autorka oczekuje od rektora wprowadzenia cenzury, bo tak należy nazwać propozycję:

może Pan wycofać wszystkie prace, które pojawiły się na zaproszeniach/plakatach. Te prace są uwłaczające godności nie tylko kobiet, ale i samego profesora, który najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy tym co sobą reprezentuje.

Plakat, który tak zbulwersował internetowe autorki, a ściślej dwa plakaty, dotyczyły zaproszenia na pożegnalną wystawę profesora Gajewskiego (20 października 2023) z okazji jego przejścia na emeryturę. Prócz rutynowego tekstu informacyjnego na jednym z nich widać zdjęcie: naga modelka i nie zwracający na nią uwagi profesor, który podlewa kwiatki. Na drugim profesor czyta gazetę, siedzi tyłem do leżącej na sofie modelki. Nietrudno dociec, że to podszyta autoironią opowiastka o historycznej relacji malarza i modelki. Mówi o malarskich emocjach, które dla emeryta przestają być istotne. Można się spierać o estetyczny wyraz plakatów, ich walor artystyczny, ale tu nie o to chodzi.

Chodzi o ciało kobiety. Z punktu widzenia krytyki feministycznej od XVIII w. w sztuce dominuje akt kobiecy jako wysublimowana, idealna forma męskiego widzenia. Ich zdaniem, w patriarchalnej kulturze akt był sublimacją heteroseksualnego postrzegania ciała kobiety, powiązanego z pożądaniem i przyjemnością. Pod władzą męskiego spojrzenia traciło swoją podmiotowość.6 To, co w krytyce feministycznej lat 90., było intelektualnym dyskursem, dla nowej fali młodych feministek staje się prawem do kontroli i eliminowania z przestrzeni publicznej wszelkich wizerunków ciała, podejrzanych o „przemoc męskiego spojrzenie”. Przy czym myląc rzeczywistość z fikcją, przedstawienie z przedstawianym, czują się osobiście dotknięte i urażone w swej kobiecej godności.

Przeniesienie konwencji malarskiej wprost na godność własnego ciała jest infantylnym przemieszaniem dwóch porządków. Absurdalność takiego myślenia obnaża też fakt, że studium aktu jest ciągle jednym z podstawowych zadań-ćwiczeń akademii. Z natury rzeczy w trakcie realizacji takiego ćwiczenia, ciało podlega przedmiotowej analizie, stając się symbolicznym wyobrażeniem. Według Lyndy Nead ciało istnieje tyko poprzez symboliczną reprezentację.7 Zgodnie z logiką feministek z gdańskiej ASP, z edukacji należałoby usunąć akt razem z modelkami. I takie koncepcje się pojawiają. W ich myślowej perspektywie akademia gdańska jest „historią seksizmu”. Idąc dalej tym tokiem myślenia, historia sztuki z jej istotnym tematem aktu też jest historią seksizmu i należałoby ją ocenzurować, skoro odbiera godność kobietom. Trudno o większą bzdurę.

Finał skandalu wokół plakatów jest znaczący. Rektor przestraszony perspektywą zapowiadanych przez feministki demonstracji, wydał decyzję usunięcia drukowanej wersji plakatu z zaproszeniem. Jak tłumaczył, zrobił to dla dobra uczelni. Ale cenzurę trudno nazwać dobrem. A strategia przemilczania zamiast dyskursu, jest sprzeczna z istotą akademii i etymologią słowa. Akademia jest miejscem ze swej natury otwartym na różnorodność i swobodny dialog. Przeniesienie dialogu na forum mediów społecznościowych staje się jego karykaturą. Bezrefleksyjne sądy, krótkie bon moty przekraczają często normy zwykłej przyzwoitości, w imię których rzekomo są wypowiadane, nie mówiąc już o naruszeniach dóbr osobistych, podlegających penalizacji. Werdykty, jakie zapadają w mediach, powielane po wielokroć, skazują bezterminowo, bez konieczności udowodnienia winy.

Pozostaje pytanie, jak widzą feministki odmienność kobiecej tożsamości i jak chcą przejąć od mężczyzn „władzę spojrzenia” nad własnym ciałem? W sierpniu 2022 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w z okazji objęcia dyrekcji przez Monikę Strzępkę został odsłonięty „pomnik” waginy Wilgotna pani autorstwa Iwony Demko. Obie panie należą do czołowych przedstawicielek polskiego feminizmu. Pomnik miał być demonstracją kobiecej siły i symbolu feminizmu. W intencjach autorki, ta skrywana intymna część kobiecego ciała, ustrojona w błyskotki i miękkie tkaniny, miała być synonimem radości i przyjemności. Demonstracja pań skończyła się skandalem i zwolnieniem dyrektorki – co ciekawe, za mobbing i to w stosunku do kobiet także.

W latach 90. krytyczne wątki koncentrowały się na problematyce wykluczenia z przestrzeni publicznej ciała chorego, kalekiego, starego, które nie spełniało norm tradycji estetycznej i współczesnej kultury popularnej. Dziś feministki całość zastępują częścią. Wagina staje się reprezentacją kobiecego ciała, przy czym jej wizerunek zmieniał się. Od ewokacji uczucia wstrętu (Grzech pierworodny Żebrowskiej) do uczucia przyjemności (prace Iwony Demko). Czy wagina jako część całości nie jest uprzedmiotowieniem ciała i ograniczeniem jego funkcji do czysto erotycznych satysfakcji Wilgotnej pani, konfrontowanej z etosem wstrętu i pożądania?

Ewolucja oczyszczenia od zaszłości, od archaicznego obciążenia grzechem pierworodnym, dalej, natręctwo przedstawień uwolnionej kobiecej seksualności od męskiej dominacji, przybiera w sztuce charakter swoistego triumfalizmu. Czy epatowanie kobiecą intymnością i seksualnością, narządami rodnymi poprzez ekspansję waginalnej symboliki nie jest rodzajem wizualnej przemocy? Dominacja waginy i jej „wyniesienie na ołtarze” jako symbolu kobiecości i feminizmu, łączy jednocześnie otwarcie problematyki konfrontacji płci, przeniesionej poza obszar sztuki. Ciało staje się swoistym „polem walki” (Barbara Kruger ), której granice poszerzają się o przestrzeń publiczną.

Swoistą ilustracją i komentarzem do określenia pola tej walki (w tym oskarżeń Martyny Jastrzębskiej i sytuacji Grzegorza Klamana) jest performans Liliany Piskorskiej „Skum” 8, podczas którego artystki oddały mocz na portret Andy Warhola. Ujawnia prawdziwe intencje walki – potrzebę dominacji, wyeliminowania i upokorzenia przeciwnika. Najbardziej radykalne koncepcje feministek są wątpliwe etycznie, gdyż stają się swoistym alibi dla ich wykluczającego, opresyjnego, społecznego aktywizmu, za który same siebie nagradzają. W ocenie Eweliny Jarosz9

Polski SCUM jest wysoce ambiwalentny, ponieważ pokazuje, że pogrzebanie różnic jest tak samo alarmujące, jak znane z historii utopijno-totalitarne wizje urządzania świata.

Potrzeba konfrontacji płci zauważalna jest także w gdańskiej uczelni artystycznej, gdzie wzmożona aktywność grupy feministek terroryzuje otoczenie oskarżeniami o zachowania przemocowe i seksistowskie a nawet przestępstwa seksualne. Efekt? Gęsta, lepka, duszna atmosfera.

Ci, z którymi rozmawiałam – a dotyczy to obu płci – boją się każdego ruchu, gestu, czy słowa, byle nie zostać posądzonym o przekroczenie jakiejś granicy zachowań, uznanych za przemocowe. Zmieniły się reguły życia społecznego. To, co kiedyś było dozwolone w relacjach mistrz-uczeń, jak na przykład spędzanie towarzyskie czasu przy alkoholu po zajęciach, dziś może się okazać niebezpieczne. Profesorowie, z którymi rozmawiałam cenzurują sami siebie. Jeden unika picia wspólnego piwa na plenerze i nie pozwala siebie fotografować, inny kontroluje gesty, wystrzegając się przyjaznego choćby dotyku, bo może to być podstawą do oskarżeń. A planowana na kwiecień wystawa prof. Mieczysława Olszewskiego – z okazji jego 80-lecia, w ramach projektu „Kultura pamięci” – ograniczy się do zestawu martwych natur. Z dorobku malarza wykluczone zostały kontrowersyjne akty, z których głównie słynął. Tak na wszelki wypadek, z obawy przed protestami feministek, sam autor ocenzurował swoje dzieło.

Poprawność wytyczanych norm kulturowych staje się opresyjną pułapką, presja otoczenia wymusza określone zachowania, a ich strażniczki – bojowniczki ideowe –zdominowały publiczną sferę medialną. Uruchamiając pozaprawne procedury, szermują oskarżeniami i „bez dowodów i świadków – cytuję znowu Anne Applebaum10 – wydają wyroki za zamkniętymi drzwiami”. Ich ofiarami są ludzie, których nie oskarżono o żadne przestępstwo, bo co najwyżej przekroczyli społeczne normy, jakie nie obowiązywały jeszcze parę lat temu. To może być nawet styl bycia czy nieakceptowalne przez otoczenie poczucie humoru. Są oni ofiarami „sprawiedliwości tłumu”, jak pisze autorka. A przypadki takie są wpisane w szersze schematy narracyjne.11

W gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych panuje klimat zastraszenia i lęku przed niewłaściwymi zachowaniami jak z filmu Po polowaniu Luki Guadagnino, tyle, że w akademii polowanie trwa. Koło zamachowe nakręcają konkretni ludzie.

Dr Katarzyna Lewandowska z Zakładu Historii i Teorii Sztuki prezentuje się na forum internetowym jako artystka sztuki ciała, ściślej: ciała uwikłanego w różne formy opresji władzy w kulturze patriarchalnej. Teorie i dyskurs feministyczny przenosi poza sztukę, tropiąc wszelkie, w jej mniemaniu, przejawy przemocy. Sięga po różne narzędzia i sposoby, od radykalnych wykładów i agresywnych w formie wpisów w mediach społecznościowych po sprowadzenie na uczelnię policji. Tego w historii akademii jeszcze nie było. Uczelnia zawsze stanowiła swoiste eksterytorium, chronione przed władzą nawet w czasie stanu wojennego. To się jednak zmieniło za sprawą dr Lewandowskiej i zgodą władz uczelni. Dr Lewandowska z satysfakcją komentuje zdarzenie na forum internetowym, kiedy to wezwała policję do awanturującego się absolwenta studium magisterskiego Wydziału Grafiki, przy czym podała do publicznej wiadomości imię i nazwiska wyprowadzonego, mimo że prokuratura nie podjęła decyzji o wszczęciu postępowania. I znowu to się dzieje bezkarnie. Partneruje jej dr hab. Jacek Staniszewski, z którym współtworzyła grupę AnarchoPornoOpór (2020). Staniszewski pisze (29 listopada 2025), że „osobnik ten” został wyprowadzony z uczelni przez policję w kajdankach i zatrzymany na 48 godzin. Miał dopuścić się „stalkingu, molestowania i zastraszania osób studenckich i osób wykładających na tej uczelni.” . Prawdą jest, że w relacjach społecznych miał kłopoty, ale z zadaniami artystycznymi radził sobie dobrze i odnosił sukcesy. Do Szkoły Doktorskiej jednak nie został zakwalifikowany. Obecność jego na uczelni tłumaczył fakt pozostawania w procedurze odwołania od tej decyzji.

Zdarzenie powyższe otwiera kolejny problem akademii, dotyczący ludzi neuroróżnorodnych. Wprawdzie istnieją kursy i szkolenia dla dydaktyków, jak z nimi postępować, ale są czystą fikcją. Gdyby w tych kursach uczestniczyła pani Katarzyna Lewandowska wiedziałaby, jak się zachować wobec „ataku słownego” i nie wzywałaby policji, a sekundujący jej dr hab. Jacek Staniszewski nie kompromitował się komentarzami, podsycającymi atmosferę wrogości i ostracyzmu. Staniszewski zachęca wręcz do hejtu i donosów. To, co robią dr Lewandowska z dr. hab. Staniszewskim to zachęcanie do samosądu, a ich komentarze – dotyczące „neuro nienormatywności”, upubliczniające fakt leczenia i sugestie, że taka osoba szkodzi akademii – są całkowicie niedopuszczalne. Wedle dr Lewandowskiej osoby takie powinny być wykluczony w ogóle z możliwości obrony akademickich prac.

Dla osób z neuroróżnorodnością sztuka jest schronieniem i wyzdrowieniem, „z definicji jest gestem ratunku” (Helene Cixous). Odmawianie im tego schronienia jest obrzydliwe. Dramaturgię i napięcie podbija kolejna rzucona w przestrzeń publiczną informacja o nadużyciach seksualnych. Znów bez dowodów i konkretów. I znowu mnożą się domniemania, podejrzenia, wzmaga histeria.

Pani Lewandowska odgrywa skutecznie w mediach rolę ofiary, powiększając grono zwolenników, gotowych stanąć w jej obronie. I to się opłaca, kompensuje porażkę zawodową, bo jej habilitacja została odrzucona. W ten sposób nabiera popularności refleksja dr Lewandowskiej, że środowisko akademickie ją zniszczyło, „wyrzucając do kosza 30-letni dorobek”. Za to w VIII edycji Nagrody Sztuki im. Marii Anto i Elsy von Freytag-Loringhoven, organizowanej przez warszawską Fundację Miejsce Sztuki, Katarzyna Lewandowska i Martyna Jastrzębska otrzymały wyróżnienie –„za postawę oraz wybitną działalność na rzecz wsparcia obecności i widzialności kobiet w edukacji i kulturze”. Można powiedzieć coś za co.

Z okazji 100 rocznicy wywalczenia praw przez polskie kobiety gdańska Akademia wydała Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki Olympe de Gouges ze wstępem dr Katarzyny Lewandowskiej. Okazuje się, że manifest wzywający kobiety do solidarności i walki z mężczyznami z XVIII wieku może być inspirujący w XXI wieku. Tyle tylko, że ruch, który z założenia miał chronić, sam stał się opresyjny, pod modnym i wygodnym płaszczem nietykalności. W narracji o równości, w swoim radykalizmie traci z pola widzenia fakt, że ta należy się wszystkim. Choć feminizm broni różnorodności, to dzisiaj, w praktyce, stosuje arbitralne wykluczenia, na krytykę reaguje nie tylko agresywną retoryką ale i agresywnymi działaniami, które kolidują z prawem. Tak dochodzimy do „mobbingu odwróconego”. Który – na równi ze „zwykłym mobbingiem” – jest karalny.

W Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku ruch zainicjowany przez środowisko feministyczne, chociaż dopiero się rozkręca, wydaje się mocno spóźniony i czasem przybiera karykaturalną, a czasem wręcz niebezpieczną postać.

Zofia Watrak

1 Ann Applebaum Bogowie zgorszenia żądają ofiary, Magazyn Gazety Wyborczej, 30 kwietnia 2022

2  Zofia Tomczyk-Watrak, Teatr Ekspresji Wojciech Misiuro. O estetyce i symbolice ciała., Gdańsk 2003.

3 Oskarżenia wobec profesora ASP w Gdańsku o mobbing, seksizm i przemocowe nadużycia. Działy się u nas piekielne rzeczy. Wyborcza.pl/trójmiasto z 14.11.2025

4 Izabela Kowalczyk, Grzegorz Klaman: egzystencja na powrót ucieleśniona?, w: Ciało i władza. Polska sztuka krytyczna lat 90, Warszawa 2002, s. 151 -273

5 Zofia Tomczyk – Watrak , Style, formy strategie. Zapisane w pamięci, Gdańsk 2025

6 Lynda Nead, Akt kobiecy, Poznań, 1998

7 Op.cit.

8 SKUM jest programowym odwołaniem do radykalnego manifestu Valerie Solanas, francuskiej pisarki i aktywistki feministycznej z lat 1965-1967. W tłumaczeniu oznacza skrót – „Towarzystwo Ukrócenia Mężczyzn … o Penisa”. Solanas w 3 czerwca 1968 oddała strzały do Andy’ego Warhola w proteście przeciw historii kultury i sztuki bez kobiet. Warhol był jej ikoną.

9 Ewelina Jarosz, SKUM w kraju nad Wisłą. O roli lesbijskiej bojówki artystycznej w polish horror story w: „Antywzorce” we współczesnej kulturze i sztuce, Galeria Miejska Arsenał, Poznań 2018.

10 Anne Applebaum, op. cit

11 Op. cit